Ostrze Gryphonhearta:
1.
Od lat z górą dwunastu jestem wiernym giermkiem Lorda Lysandera. Me imię nie ma tu znaczenia, gdyż w historii tej niewiele znaczą tacy, jak ja. Chcę jednak opowiedzieć o Lysanderze, którego przeznaczeniem było zmienić świat. Wiedziałem o tym, od kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy.
Podczas naszego pierwszego spotkania, Lysander był nastoletnim młokosem, na jego twarzy pojawił się dopiero pierwszy, delikatny zarost. Jak się później dowiedziałem, Królowa Katarzyna pasowała go na rycerza, gdy miał ledwie szesnaście lat, choć wszyscy uważali go za starszego przez wzgląd na jego niepospolity wzrost. Już wtedy był człowiekiem zdeterminowanym i prawym, idealistą dążącym do naprawienia świata.
Gdybym był prawdziwym historykiem, być może rozpocząłbym opowieść od początku. Opisałbym atak na rodzinę Lysandera, który rozdzielił go z rodzeństwem, doprowadził do śmierci rodziców i napełnił jego duszę wieczną nienawiścią do winnych tej zbrodni nekromantów. Opowiedziałbym też o tym, jak szybko piął się w górę w szeregach armii Erathii, i jak stał się jednym z faworytów Królowej Katarzyny. Może nawet opisałbym historię tysięcy uchodźców, których przywiódł portalem do nowego świata, nim Rozliczenie pochłonęło stary porządek rzeczy.
Tak jednak nie uczynię.
Chcę wam bowiem opowiedzieć o wydarzeniach, które miały miejsce cztery lata po Rozliczeniu. Lysander pogrążony był w ciężkiej pracy, której celem miało być stworzenie utopijnego królestwa - bezpiecznego, nie dotkniętego głodem i strachem. Zaaferowany swym marzeniem, nie dostrzegł, jak w Palaedrze narasta niezadowolenie. Zbyt wielu szlachcicom nie podobały się zamiary Lysandera, by raz na zawsze zerwać ze starym światem i wspomnieniami o nim. Szlachta, przywiązana do dawnych tradycji, nie chciała ustąpić uprzywilejowanej pozycji społecznej, zaś Lysander zachował się nierozsądnie wierząc, że po prostu zapomną o swej dawnej potędze.
Gdy jednak Lysander obierze sobie cel, nic nie zmieni jego zamiarów, nawet zdrowy rozsądek.
Bez względu jednak na powód buntu, Sir Worton pojawił się w najdogodniejszej dla siebie chwili. Stanąwszy przed dworem królewskim Palaedry, oznajmił, że jest potomkiem Króla Gryphonhearta z nieprawego łoża, a zatem prawowitym dziedzicem tronu Palaedry. Wykorzystał tym samym dla własnych celów argumentację Lorda Lysandera.
Przez te wszystkie lata Lysander nie pozwalał nazywać się Królem Palaedry, gdyż, jak twierdził, w jego żyłach nie płynęła krew monarchy. Najsilniejszym zaś dowodem racji Sir Wortona było Ostrze Gryphonhearta. Po Rozliczeniu uznano je za zaginione, tymczasem Sir Worton przedstawił je dworzanom. Ku ogólnemu zaskoczeniu dobył oręża z nabijanej klejnotami pochwy. Powszechnie wiadomym było, że rzucone na miecz zaklęcie pozwalało dobyć go wyłącznie człowiekowi, w którego żyłach płynęła krew Gryphonhearta.
Po tym zdarzeniu mój pan z coraz większym trudem utrzymywał władzę w Palaedrze. Tylko dzięki wielkim zdolnościom przywódczym Lysander zachowywał dotychczasową pozycję, choć pół kraju żądało, by ustąpił z tronu.
W końcu doszło do tego, że Sir Worton wraz ze zwolennikami poprzysięgli odebrać władzę siłą, wojna była więc nieunikniona.
2.
Kilka tygodni później Lord Lysander wyruszył, by odbić cztery kopalnie złota zajęte przez zwolenników Wortona. Od jakiegoś czasu w ich rejonie grasował były rycerz imieniem Normic oraz znana złodziejka Caileen. Bez wątpienia to oni stali za niespodziewanym przejęciem kopalń. Worton rozegrał sprawę niezwykle sprytnie, wykorzystując ludzi niezwiązanych ze sobą samym i z żadnym ze sprzyjających mu szlachciców do przejęcia złota, trafiającego przedtem do skarbca mego władcy. A jednak pretensje Sir Wortona do tronu napawały mnie niepokojem. A jeśli był prawowitym dziedzicem? Spytałem więc Lysandera, dlaczego sprzeciwia się władzy Sir Wortona.
"Dlatego, że nie wierzę, iż jest dziedzicem Gryphonhearta" - oparł Lysander.
"Dobył przecież Ostrza Gryphonhearta!"
"W istocie" - odrzekł, tego dowodu nie mógł bowiem podważyć.
"Coś mi tu jednak nie pasuje. Worton powiada na przykład, że otrzymał Ostrze Gryphonhearta od królewskiego Miecznika, który przywiózł go z Erathii, gdzież jednak jest ten Miecznik? Gdyby Worton był w istocie Gryphonheartem, czy nie przedstawiłby nam Miecznika na poparcie swych słów?"
"A jeśli się mylisz, panie?"
"Nie, Miltonie, nie mylę się. Wiem o tym!"
Ze wszystkich przymiotów Lysandera najbardziej ceniłem chyba jego pewność siebie.
3.
Polerowałem napierśnik Lysandera, podczas gdy on studiował mapę okolicy. Zaznaczył na niej cztery miasta, każde z nich znajdowało się zaś w pobliżu którejś z zajętych przez nieprzyjaciela kopalni złota. Choć wysłał kilka listów do szlachciców władających tymi miastami, nie otrzymał żadnej odpowiedzi.
Nagle Lysander z ogromną siłą uderzył w mapę pięścią, nieomal druzgocząc mały, przenośny stolik, na którym leżała.
"Moi poddani wysyłają mi przestrogi, bym trzymał się z dala od ich ziemi! Najchętniej pozamykałbym ich wszystkich w lochach!"
"Czemu więc tak nie uczynisz, panie?" - zapytałem. Gdyby bowiem zechciał zwołać całą armię Palaedry, nie sprawiłoby mu to trudności.
"Nie mogę! Właśnie tego oczekuje Worton. Ci szlachcice są zbyt wpływowi, jeśli zaatakuję ich miasta, okrzykną mnie uzurpatorem i zyskają poparcie innych możnych Palaedry. Kopalnie stanowią własność Palaedry, jednakże podarowałem im ziemię, na której postawili swe miasta. Nie mogę jej teraz odebrać, gdyż zraziłbym do siebie wszystkich poddanych".
"Więc zostawisz ich w spokoju?" - zapytałem, zaskoczony. Ale Lysander zawsze wybiegał myślami naprzód i szybko znajdował rozwiązania.
"O nie, wierz mi, jeśli są na tyle głupi, by poprowadzić przeciw mnie swe armie, dam im srogą nauczkę! Ja po prostu nie mogę tknąć ich miast. Jeszcze nie!" "Odbijemy za to kopalnie, czy tak?"
"Nie pozwolę, by Worton zawładnął mym złotem. Prawdziwy problem to jednak pachołkowie Wortona - Normic i Caileen. W Palaedrze uznawani są za banitów, jeśli więc posadzę ich za kratami, kopalnie powinny być bezpieczne".
4.
Widząc potworną scenę rozgrywającą się przed nami, natychmiast wstrzymaliśmy konie. Wyraz straszliwego bólu na twarzy nieszczęśnika dowodził, że przed powieszeniem na drzewie poddano go torturom. W powietrzu unosił się zapach śmierci, zaś dalekie krakanie padlinożernych kruków zwiastowało obecność dalszych ciał.
"Odciąć sznur!" - rozkazał Lysander jednemu z żołnierzy.
Odwróciłem wzrok, gdy wojak przecinał linę, na której - tuż nad ziemią - wisiało ciało nieszczęsnego, wyssanego z krwi mnicha.
5.
Jadowity pomiot oczekiwał naszego przybycia. Widok tego miejsca nasuwał jedną myśl - trwały przygotowania do jakiejś ceremonii, być może mającej na celu zniszczenie Ankh Życia. Nie miałem wątpliwości, skąd pochodziła ciemna, bulgocąca ciecz w kotle. Widziałem ciała...
Widział je też Lysander, nie zwlekając rozkazał więc atak.
6.
Przyglądałem się, jak straże odprowadzają zakutą w kajdany Caileen. Ku memu zaskoczeniu, nie wyjawiła imienia swego mocodawcy, nawet gdy Lysander zaoferował jej wygnanie zamiast więzienia.
"A zamknij mnie w lochach" - odparła. "Wkrótce z nich wyjdę".
"Za zbrodnie, które popełniłaś, pozostaniesz tam do późnej starości" - odparł Lysander.
"Kto wie? Być może pojawi się inny król, który okaże się bardziej miłościwy. Wierzę w swoje szczęście, zaryzykuję" - odrzekła z przewrotną radością Caileen.
Liczyła bowiem na zwycięstwo Wortona w tej wojnie, ten zaś musiał jej obiecać więcej, niż mógłby dać Lysander.
"Zabrać ją!" - rozkazał Lysander.
7.
Po schwytaniu Normic nabrał wody w usta. Z pewnością on też zawarł układ z Wortonem i oczekiwał, że jego mocodawca obejmie kiedyś tron.
Tak więc Lysander uwięził Normica i obstawił kopalnie wojskiem, by zapobiec dalszym napaściom. I choć możni biadolili i protestowali przeciw zajęciu kopalni, nic nie mogli zdziałać nie atakując Lysandera. Worton zaś nie chciał jeszcze wszczynać wojny, miał bowiem zbyt mało wojska.
Gdy odjeżdżaliśmy z kopalni, dostrzegłem wyraz troski na twarzy Lysandera. "Cóż się stało, mój panie?"
"Złoto i zbrojne armie nie zapewnią zwycięstwa w tej wojnie, Miltonie".
"Wiem o tym. Im dłużej Worton pozostaje w kraju, tym więcej ludzi słucha jego głosu. Wkrótce poprze go cała szlachta Palaedry. Cóż się wtedy stanie?" - zapytałem.
"Zostanę sam. Najskuteczniejszą bronią Wortona są kłamstwa, muszę więc dowieść, że jest oszustem!"
Adamus, który jechał tuż za nami, rzekł wtedy: "Potrzebujesz, panie, pomocy z zewnątrz. Pomocy duchowej".
"Co masz na myśli?"
"Jedyną osobą, która posiadła potrzebną ci wiedzę, jest być może sam Worton, on zaś nie powie ci prawdy. Potrzebujesz zatem pomocy kogoś, kto wyjawi ci rzeczy nieznane i tajemne, Wyroczni Świtu" - rzekł Adamus.
"Tak, jest niczego sobie!" - zawtórował mu donośny baryton Proetha. "Ponoć przepowiedziała Rozliczenie na wiele lat przed jego nadejściem".
"Wyroczni Świtu?" - odparł z namysłem mój pan.
Domyśliłem się, co go zaniepokoiło. Odszukanie Wyroczni zmusiłoby nas do opuszczenia Palaedry, Worton zaś nie omieszkałby skorzystać z takiej okazji. Lysander ważył więc wszystkie za i przeciw: gdyby stanął teraz do walki, odniósłby zwycięstwo, jednak straciłby też szacunek ludu.
"Gdzie więc znajdę Wyrocznię?" - zapytał w końcu.
Próby:
1.
Dopiero po opuszczeniu granic Palaedry zdałem sobie sprawę, jak wielkie zagrożenie stanowił Sir Worton.
Lysander zebrał niewielki oddział, aby móc szybko się poruszać. Świątobliwy kapłan Adamus i jego żarłoczny pomocnik Proetho także zechcieli się przyłączyć. Choć mój pan wolałby pozostawić Proetha na miejscu, nie mógł odmówić prośbie Adamusa. Nawet wtedy nie sądziłem, że Lysander naprawdę opuści Palaedrę, dotarło to do mnie dopiero po przekroczeniu granicy.
"Czy to właściwa chwila, by wyruszyć w podróż, panie?" - zapytałem po drodze. "Nie".
"Nie musisz jechać. Wyślij mnie, sam zaś zostań, by chronić Palaedrę!"
"Dzięki, Miltonie, że ofiarujesz się mnie wyręczyć, ja jednak muszę jechać. Nic w Palaedrze nie zdziałam, mogę tylko czekać na nieuchronny koniec. Worton toczy wojnę słowami i kłamstwami, przed nimi zaś nie zdołam obronić Palaedry! Tylko tak mogę odpowiedzieć na jego atak".
"Kto więc będzie rządził Palaedrą?" - zastanawiałem się głośno.
"Na czas mej nieobecności powierzyłem dowództwo armii Palaedry Sir Daymarcowi, więc pod jego pieczą znalazło się właściwie całe królestwo" - odparł Lysander.
Wstrzymałem gwałtownie konia.
"Ale Sir Daymarc jest spokrewniony z dynastią Gryphonhearta! Czy nie stanie po stronie Sir Wortona?"
"O to właśnie chodzi, Miltonie. Daymarc dobrze znał Gryphonheartów i nie uwierzy, że król Gryphonheart począłby syna poza małżeństwem. Nigdy nie uwierzy, że w żyłach Wortona płynie krew Gryphonhearta" - odrzekł Lysander.
Rozparła mnie duma. Wielu nie doceniało inteligencji Lysandera, uznając go za dowódcę wojskowego bez smykałki do polityki. Mój pan tymczasem traktował dworskie rozgrywki polityczne niczym ruchy wojsk na polu bitwy. Worton tygodniami mógłby przekonywać Daymarca do przekazania władzy, Lysander tymczasem zdołałby znaleźć sposób, by wydobyć oszustwo na światło dzienne.
2.
Byłem świadkiem rozmowy Lorda Lysandera z Adamusem, podczas której ten pierwszy pytał, jak odszukać Wyrocznię Świtu. Proetho nie został zaproszony.
Właśnie skończyłem parzyć herbatę i podałem im filiżanki, gdy mój pan zapytał: "Czy Wyrocznia zdoła mi pomóc?"
"Co masz na myśli?" - odpowiedział Adamus.
"Widzi przyszłość, ja jednak muszę znać przeszłość. Chcę wiedzieć, jaka krew płynie w żyłach Wortona".
"Nie pojmujesz istoty Wyroczni, Lordzie Lysanderze. To kobieta niezwykle uduchowiona, bardziej niż ktokolwiek inny. Przyszłość, przeszłość, teraźniejszość - to nic nie znaczy dla kogoś, kto posiadł tak wielką mądrość".
Lysander zdawał się nie pojmować słów kapłana, ja też nie. Jak upływ czasu mógł być bez znaczenia?
Adamus położył dłoń na ramieniu Lysandera i dodał: "W głębi ducha, Lysanderze, rozmawiałeś już z Wyrocznią Świtu i znasz odpowiedź. Ona zaś powiedziałaby ci, że w głębi serca i ducha wiesz już, czyja krew płynie w żyłach Sir Wortona".
O ile dotąd niewiele pojmowałem, o tyle teraz w mej głowie powstał zupełny chaos. Mogłem tylko sobie wyobrazić, co czuł Lysander.
3.
Pewnego dnia, wcześnie rano, szukałem wody, by zaparzyć memu panu poranną herbatę. Nagle natknąłem się na Adamusa, który samotnie krzątał się po obozie.
"Czym ci mogę służyć, panie?" - zapytałem.
"Niczym, zacny giermku! Osiągnąłem wiek, w którym sypia się coraz mniej. Pomyślałem, że spacer pobudzi krew w mych żyłach, moje stare kości ciężko znoszą długi marsz".
"Ja już do tego przywykłem. Lord Lysander rzadko pozostaje dłużej w jednym miejscu, nawet w czasie pokoju".
"Tak, niestety niespokojna z niego dusza. Słyszałem, że stale podróżuje po Palaedrze, pewnie ciężko ci z tym" - rzekł Adamus.
"Ależ nie! Spędziłem u boku Lysandera wspaniałe chwile, czegóż więcej może chcieć giermek?"
"A co z rodziną? Masz żonę, dzieci?"
Zaprzeczyłem.
Rzeczywiście, większość mężczyzn w moim wieku miała już żony i kilkoro dzieci, niektóre z ich być może na progu dojrzałości. Mi zaś niewiele brakowało do czterdziestki, niedługo mogło być już za późno na dzieci.
Pomyślałem jednak o Lordzie Lysanderze. Miał lat dwadzieścia osiem, jednak małżeństwo i dzieci chyba go nie interesowały. Czyżbyśmy tak zatracili się w naszych obowiązkach, że porzuciliśmy nadzieję na życie rodzinne?
"Może kiedyś się ożenię, jeśli starczy czasu" - powiedziałem.
"Kiedy to nastąpi?" - spytał Adamus. "Wiesz, czy nie?"
Nie miałem pojęcia, nie chciałem też o tym mówić. Wykręciłem się więc obowiązkami i pozostawiłem spacerującego kapłana samemu sobie.
4.
Aby okazać Wyroczni Świtu należny szacunek, do wieży weszło nas tylko trzech: Lysander, Adamus i ja. Wewnątrz był pusto i cicho, nigdzie jednak nie dostrzegliśmy śladów kurzu i brudu - najwyraźniej ktoś robił tu codziennie porządki.
U szczytu pogrążonych w ciszy schodów znajdował się kamienny ołtarz. Lysander podszedł doń powoli, Adamus i ja pozostaliśmy zaś z tyłu, nie wiedząc, czego oczekiwać.
"Jest tu jakiś napis" - rzekł Lysander, wskazując na powierzchnię ołtarza.
"Zobaczmy, czy zdołam go odcyfrować" - rzekł Adamus.
Zanim jednak Adamus zdołał postawić pierwszy krok, mój pan powiedział: "Nie, potrafię go odczytać. To po erathijsku".
Po chwili zaczął czytać:
Niechaj przed Wyrocznią Świtu stają jedynie ludzie godni, czystego serca i ducha. Aby pomyślnie przejść Próbę Chciwości, wrzuć do sadzawki 10 tysięcy sztuk złota.
"Próba!" - rzekł Adamus.
"Tak" - odparł niezadowolony Lysander. "Z pewnością nie ostatnia".
5.
Przynieśliśmy worki ze złotem na krawędź muru i po kolei wrzuciliśmy do sadzawki, gdzie z głośnym pluskiem pogrążyły się w mrocznej głębi. Pomyślałem wtedy, że szkoda trwonić tyle bogactwa, za które można by przecież opłacić większą armię.
Chwilę po tym, jak Lysander wrzucił ostatni worek, brama wieży otworzyła się.
6.
Dotarliśmy do kolejnej wieży wyroczni i przeprowadziliśmy szybkie poszukiwania.
"Tu zostaniesz wystawiony na drugą próbę, Lordzie Lysanderze" - ostrzegł Adamus.
"Oby nie była tak kosztowna, jak poprzednia" - dodałem.
"Drogi giermku, ta będzie pewnie jeszcze droższa" - zauważył Adamus.
Lysander skinął głową i odczytał napis na ołtarzu, znajdującym się na szczycie wieży.
"Teraz mam tu przynieść Miecz Bogów" - powiedział Lysander.
"A więc wyzbyć się broni, która dałaby ci siłę, by pokonać wrogów" - dodał Adamus.
Nie odezwałem się słowem, ale żądanie wyroczni stawały się bezsensowne. Komuż by była potrzebna, gdyby miał tyle złota i władał Mieczem Bogów?
7.
Lysander samotnie zbliżył się do ołtarza i oddał wspaniały Miecz Bogów. Czekałem na zewnątrz wraz z pozostałymi, gdy brama wieży otwarła się z hukiem. Mój władca zszedł po schodach, najwyraźniej zmieszany, gdy zaś rozejrzał się i dostrzegł otwartą drogę, wzruszył ramionami.
"Adamusie! Masz jakieś pojęcie, na ile jeszcze prób wystawi mnie Wyrocznia Świtu, zanim dopuści mnie przed swe oblicze?" - zapytał.
Stary kapłan odrzekł zaś: "O ile się nie mylę, pozostały jeszcze dwie".
"A więc do dzieła!"
Lysander dosiadł konia i poprowadził drużynę.
8.
Zanim Lysander przyniósł Laskę Świętego Ranana do wieży wyroczni, odkryłem, że zgadzamy się Proethem co do jednego - zbyt wiele poświęcamy, by zyskać jej pomoc.
"Ta laska ma ogromną, uzdrowicielską moc!" - oponował Proetho. "Oddanie jej to czyste szaleństwo. Wyobraźcie sobie, ile dobra można by uczynić z jej pomocą!"
"Oddam ją wyroczni" - odrzekł na to Lysander.
"A skąd możesz wiedzieć, czy z tej Wyroczni będzie jakiś pożytek?"
Zanim Lysander zdołał odpowiedzieć, Adamus rzekł: "Daj spokój, Proetho! Lord Lysander nie potrzebuje twoich rad!"
"A może właśnie tak!" - ciągnął Proetho. W duchu zgadzałem się z żarłocznym kapłanem, nie miałem jednak odwagi, by wyrazić swe zdanie.
"Podjąłem zobowiązanie rozpoczynając tą wyprawę i nie odstąpię od niego. Lepiej więc idź wypchać swoją tłustą gębę udem kurczęcia, albo czymkolwiek innym, bylebyś zostawił mnie w spokoju!" - wybuchnął Lysander.
Twarz Proetha nabiegła krwią, zniknął wszelki ślad jowialnego usposobienia. Przez chwilę pomyślałem, że rzuci się na mego pana.
"Skoro przez swój upór nie potrafisz przyznać, że zamierzasz właśnie popełnić wielki błąd, może też nie potrafisz przyznać, że Worton JEST prawdziwym dziedzicem Gryphonhearta. Może więc byłoby lepiej dla wszystkich, byś zabrał swój arogancki tyłek z tronu Palaedry!" - odpowiedział gniewnie Proetho.
Lysander zacisnął pięści, więc bez chwili wahania rzuciłem się ku niemu i chwyciłem go za ramiona. Jednocześnie Adamus zastąpił drogę Proethowi, ten zaś miał zbyt wiele szacunku dla starca, by odepchnąć go i uderzyć.
"Oddaję Laskę Świętego Ranana Wyroczni!" - powiedział stanowczo Lysander.
9.
Teraz rozpoznaliśmy wieżę Wyroczni już na pierwszy rzut oka. Lysander rozkazał zatrzymać się na krótki popas.
"To ja muszę przejść wszystkie próby" - rzekł. "Dlatego pójdę dalej sam, na wypadek niebezpieczeństwa".
Otworzyłem już usta, by zaoponować, jednak mój władca wręczył mi uzdę swego wierzchowca i kazał się nim zaopiekować. Nie miałem zwyczaju sprzeciwiać się jasno postawionym rozkazom.
Chwilę później Lysander wyszedł z wieży z grymasem na twarzy i natychmiast przywołał Adamusa.
"Do czego to wszystko zmierza, Adamusie? Teraz zażyczyła sobie Laski Świętego Ranana!" Kapłan zastanowił się chwilę, zanim odpowiedział.
"Tylko ona jedna wie, jaki jest cel tych wszystkich prób. Sądzę, że nie zechce rozmawiać z człowiekiem, który nie zdoła wyzbyć się mocy takiego przedmiotu, jak Laska Świętego Ranana".
"Nie jestem chłopcem na posyłki, Adamusie! Nie mam też czasu na całą tą czczą bieganinę!" - wybuchnął gniewnie Lysander i odszedł.
10.
Raz jeszcze Lysander wszedł samotnie do wieży, Proetho zaś odszedł na bok, tłumiąc gniew.
Stałem na zewnątrz, rozmyślając nad ostatnią próbą Wyroczni. Czego zażąda tym razem? I właśnie wtedy wieża rozpłynęła się w powietrzu niczym wyblakłe wspomnienie, Lysander zaś został sam. Spojrzał przez ramię i przez chwilę nasze oczy spotkały się.
"Uwolnijcie mnie!" - krzyknął, wyczułem jednak w jego głosie dziwną nutę, choć nie potrafiłem jej określić.
Wtedy stanął w płomieniach!
O ile pamiętam, wrzasnąłem i rzuciłem się w jego stronę, po drodze zdejmując płaszcz. Lysander krzyczał z bólu, próbując dłońmi zgasić trawiące go płomienie. To było straszne!. W końcu dobiegłem do niego i uderzyłem barkiem, powalając go na ziemię, a potem nakryłem płonące ciało płaszczem. Moje dłonie również zaczęły płonąć, nie zważałem jednak na ból, próbując stłumić ogień.
Nagle obok mnie pojawił się Proetho, który też nakrył Lysandera swym płaszczem. To jednak wciąż było zbyt mało. Nagle krzyki i rozpaczliwe szarpnięcia pod naszymi szatami ustały. Obawiając się najgorszego, uniosłem mój wypalony płaszcz. Chociaż w powietrzu nadal unosił się odrażający odór spalonego ciała, na ciele Lysandera nie było widać żadnych obrażeń!
Był nieprzytomny, lecz nie wyglądał na rannego. Jak to możliwe?
11.
Przed nami wznosiła się kolejna wieża Wyroczni, lecz jej drzwi były zamknięte na głucho. Gdy Proetho spróbował je wyważyć, usłyszeliśmy wszyscy bezcielesny głos, odbijający się echem w całej grocie.
"Przejść mogą tylko dwaj, którzy są jednym. Tylko człowiek imieniem Lysander oraz anioł Tae Ethelon".
Wtedy po raz pierwszy zaświtała we mnie nadzieja, że dusza mego pana nadal żyje.
12.
Lysander i anioł Tae Ethelon wspólnie dotknęli drzwi, a wtedy wieża Wyroczni po prostu zniknęła.
"Przeszedłeś ostatnią próbę" - rzekł Tae Ethelon, kładąc dłoń na ramieniu Lysandera.
13.
Idąc na spotkanie z Wyrocznią Świtu bardziej chyba spodziewałem się zobaczyć siwowłosą, pomarszczoną staruszkę, zgarbioną pod ciężarem mistycznej mocy. Okazała się jednak młodą osobą, wiekiem bliższą mnie samemu, a do tego całkiem ponętną i kształtną. Loki truskawkowo-czerwonych włosów opadały jej na plecy, ubrana zaś była w prostą, żółtą tunikę, spiętą w talii srebrnym łańcuchem.
Zamiatała właśnie miotłą niebiesko-złoty fresk na posadzce. Dopiero znacznie później dostrzegłem, że przedstawia on wschodzące słońce, tak bardzo przykuła mą uwagę piękna kobieta.
"A więc jesteś Wyrocznią Świtu?" - zapytał Lord Lysander. U jego boku stał Adamus, zaś Proetho i ja pozostaliśmy kilka kroków za nimi.
"Tak, to ja".
Wyrocznia oparła miotłę o jedną ze smukłych kolumn, a następnie zbliżyła się do mego pana. Spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się.
"Byłeś bliski zwątpienia" - powiedziała. "I to nie raz".
"Wiem".
"A jednak tu jesteś. Dowodzi to twej ogromnej odwagi, jeśli nie determinacji. Czego żądasz, Lordzie Lysanderze?"
Wyrocznia ruchem dłoni nakazała nam podążyć za sobą i przeszła na tyły świątyni, gdzie z ogromnego okna rozpościerał się widok aż po horyzont.
"Nie wiesz?" - odparł Lysander.
"Wiem, ale czy ty jesteś pewien, jakie pytanie chcesz mi zadać. Które z nich, Lordzie Lysanderze? Czy chcesz zapytać o przeszłość Sir Wortona, czy może o własną?"
Lysander nie odpowiedział.
Wtedy po raz pierwszy dostrzegłem, jak walczy sam ze sobą. Ależ byłem głupcem! Przecież Wyrocznia mogła wyjawić mu miejsce pobytu jego rodzeństwa. Wieloletnie poszukiwania, jakie prowadził mój pan, mogłyby zakończyć się w jednej chwili, gdyby tylko ją zapytał. Wtedy jednak nie zdobyłby informacji potrzebnych do zdemaskowania Wortona i ocalenia Palaedry. Taki dylemat!
To nie było uczciwe!
Zanim zdołałem się powstrzymać, wystąpiłem naprzód i wybuchnąłem: "Dlaczego nie odpowiesz na oba? Zasłużył na to! Przeszedł wszystkie próby!"
Wyrocznia spojrzała na mnie, lecz nie potrafiłem nic wyczytać z wyrazu jej twarzy. Oblicze Lysandera nie było jednak przyjazne.
"Miltonie!" - rzucił. "Zachowuj się!"
Cofnąłem się, próbując zniknąć, w środku jednak gotował się gniew przeciw Wyroczni.
"A więc które z pytań, Lordzie Lysanderze? Mogę ci powiedzieć, że twoje rodzeństwo nadal żyje, a nawet gdzie przebywa!"
Lysander znów się zawahał.
"Mogę też pomóc ci odkryć prawdę o przeszłości Sir Wortona. Wystarczy, że spytasz". Po krótkiej chwili, która jednak wydawała się trwać całą wieczność, Lysander przełknął ślinę, jakby zbierając się na odwagę i rzekł: "Opowiedz mi o przeszłości Sir Wortona. Czy jest Gryphonheartem?"
Zanim Wyrocznia Świtu odpowiedziała, zapadła równie brzemienna cisza. Odwróciła się w stronę okna i wbiła na chwilę wzrok w błękitne niebo. W końcu ujęła dłonie Lysandera w swoje i pogładziła, niemalże z miłością.
"Odszukaj wpierw stal, byś krew znaleźć zdołał. Pierwszy z wielu kroków skieruj w stronę Koła".
"Dzięki ci" - odparł Lysander, potem zaś skłonił się i ucałował jej dłonie.
Ona zaś uśmiechnęła się i powiedziała: "Jesteś bardziej związany z Palaedrą, niż przypuszczasz, Lysanderze. Życzę ci powodzenia!"
Gdy tylko posłuchanie dobiegło końca, ruszyliśmy w drogę. Ja podszedłem do drzwi ostatni, ale zanim zdołałem wyjść, Wyrocznia wypowiedziała me imię.
"Tak?" - odparłem z niepokojem. Czyżbym ją rozgniewał, wtrącając się do rozmowy?
"Jaki masz cel?" - spytała.
"Mów!"
"Jaki masz cel, giermku Miltonie? Po co istniejesz?"
Nie miałem pojęcia, co chce usłyszeć, rzuciłem więc pierwszą odpowiedź, jaka przyszła mi na myśl.
"By służyć memu panu, Lysanderowi".
"Czyżby?" - odrzekła z powątpiewaniem, jak gdyby wiedziała coś, o czym nie miałem pojęcia.
Wyrocznia Świtu ujęła znów miotłę w dłonie, w mojej głowie powstało zaś jeszcze większe zamieszanie niż przed spotkaniem.
Pierwszy z wielu kroków:
1.
Niemalże tydzień po spotkaniu z Wyrocznią Świtu, dotarliśmy do granicy zbuntowanej krainy, noszącej nazwę Koła. Zgromadzili się tu kilka lat temu ci z ludzi ocalałych z Rozliczenia, którzy za zniszczenie starego świata winili władców, królową Katarzynę i króla Kilgora. Łączy ich jedno motto: "Zostawcie nas w spokoju, to i my was zostawimy". Aż do dzisiaj Lord Lysander trzymał się tej zasady, miał inne zmartwienia. Z doświadczenia w kontaktach z tutejszymi baronami wiedział jednak, że nie pozwolą mu swobodnie wejść na swe terytorium, szczególnie zaś na czele armii.
Stojąc na wzgórzu patrzyliśmy ponad granicą na ziemie Koła. Rankiem mieliśmy wejść na terytorium wroga.
"Powiem jeszcze raz: wyrocznie nie są warte całego tego zachodu" - naciskał Proetho. Adamus pokręcił głową i odparł z wyrzutem: "Mój drogi Proetho, wyrocznie dają nam odpowiedzi na pytania, na które sami może nigdy nie odpowiemy".
"Tak, ale wystawiają nas na próby, których większość ludzi nie może przejść. Jeśli zaś zdołają, jak nasz dzielny Lord Lysander, za jedyną odpowiedź dostają zagadkę! Jaki z nich pożytek?"
"Wiedza nigdy nie przychodzi łatwo" - odpowiedział nieobecnym głosem Lysander. Od czasu spotkania z Wyrocznią zachowywał się niezwykle powściągliwie.
Adamus zaś zapytał: "Czy odgadłeś już zagadkę Wyroczni, Lordzie Lysanderze?" "Jeszcze nie całą".
"Odszukaj wpierw stal, byś krew znaleźć zdołał. Pierwszy z wielu kroków skieruj w stronę Koła" - powtórzył zagadkę Wyroczni Świtu Adamus.
"Bez wątpienia mam przybyć tu, do Koła" - odezwał się Lysander. "Byś krew znaleźć zdołał - to cel mej wyprawy. Szukam prawdziwej krwi Sir Wortona - jego prawdziwych rodziców!"
"Cóż jednak oznacza stal?" - spytał Proetho.
"Tego niestety nie wiem".
"Znajdziemy odpowiedź" - powiedział z przekonaniem Adamus.
Proetho westchnął z niesmakiem, na szczęście jednak łyknął trunku zamiast wygłaszać swe zdanie.
Lysander powstał, pozostawiając ledwie rozpoczęty posiłek.
"Jutro wejdziemy na niebezpieczny teren" - powiedział, by się usprawiedliwić. "Wszelkie dotychczasowe próby przemówienia baronom Koła do rozumu były szybko i grubiańsko odrzucane. Cóż, nie mam już czasu na dyplomację!"
"Taka szkoda" - powiedział Adamus.
"A ja byłbym nawet skory pogruchotać komuś gnaty" - odparł butnie Proetho.
Lysander powrócił do namiotu, by choć przez chwilę zaznać samotności. Rozpaczał, opłakiwał stratę najlepszej, a być może ostatniej szansy na odnalezienie utraconego rodzeństwa. Raz jeszcze przekląłem Wyrocznię Świtu za to, że kazała mu wybierać między rodziną a Palaedrą.
2.
Rankiem dotarliśmy do niewielkiej przydrożnej gospody, gdzie - ku memu zaskoczeniu - Lysander wysłał Proetha, by zakupił chleb i pozostałą żywność, Zazwyczaj sam wykonywał tak przyziemne zadania, bądź też wysyłał mnie. Na wszelki wypadek upewniłem się, czy nikt nie słyszy, zanim zapytałem o przyczynę takiego zachowania.
"Nie sądzisz, że taki bywalec karczm i gospod, jak Proetho, najlepiej poradzi sobie z zasięgnięciem języka?" - odparł Lysander.
Miał oczywiście rację. Proetho powrócił po jakiejś godzinie, niosąc kilka worków przewieszonych przez szerokie ramiona, lekko tylko zawiany.
"Mówcie co chcecie, lepszy minstrel niż wyrocznia!" - oznajmił Proetho, zrzuciwszy ładunek na ziemię u naszych stóp.
"Co chcesz przez to powiedzieć?" - zapytał Lysander.
"Minstrele zarabiają na życie podróżując od gospody do gospody, śpiewając w zamian za strawę. Słyszą o wszystkim, co się dzieje, pewnie dlatego, że zawsze szukają tematu do nowej ballady. Tak, czy inaczej, za parę monet wszystko wyśpiewają!"
"Czego się więc dowiedziałeś?"
"A więc tak" - zaczął Proetho. "Sir Worton przebywał kilka lat temu w Kole. Zatrzymał się tu na krótko, i ofiarował tutejszym baronom fortunę w złocie, oni zaś zezwolili mu na budowę garnizonu gdzieś na południu".
"Garnizonu? A cóż miałby chronić?" - zapytałem.
Proetho wzruszył ramionami. "Nikt nie jest pewien, niektórzy mówią, że złota. Najciekawsze jest jednak to, że na tyłach garnizonu mieszka pewna kobieta".
"Żona?" - zgadywał Lysander.
"Raczej nie, jest dużo starsza".
Wtedy włączył się Adamus. "Matka" - rzekł z przekonaniem.
Lysander poklepał Proetha po ramieniu i zapytał: "Czy ten minstrel wie, gdzie mieszka ta kobieta?"
"Niestety nie. Usłyszał całą historię od innego minstrela" - odpowiedział Proetho. "Dobrze, że wiemy choć tyle" - podsumował Lysander.
Cała ta historia wydawała mi się mało znacząca, ale to był nasz jedyny ślad.
3.
Posłaniec niosący flagę Koła przybył wraz z dwoma rycerzami. Stanęli wszyscy przed nami, oczekując naszych wysłanników.
"Proetho" - rzekł Lysander. "Pozostawiam armię pod twym dowództwem. Wysłali trzech posłańców, więc i my pojedziemy w trójkę. Adamusie i Miltonie, za mną". Rozwinąłem sztandar Palaedry i podążyłem z nim".
Zatrzymaliśmy się piętnaście metrów od posłańców.
"Występuję w imieniu baronów Koła. Jak dotąd wydawało nam się, że władca Palaedry zgadza się pozostawić nas w spokoju, teraz jednak najeżdżasz nasze ziemie! Żądamy, byś natychmiast zawrócił i nigdy tu nie powracał!" - powiedział posłaniec.
Lysander nie zwlekał z odpowiedzią, grubiaństwo posłańca nie zbiło go z tropu.
"Zanieś me słowa baronom Koła" - krzyknął. "Jestem Lysander, władca Palaedry. Obojętne jest mi Koło i ziemie baronów, nie cofnę się jednak. Przybyłem tu, by wypełnić zadanie, od którego nie mogę odstąpić. Przysięgam na swój honor, że przejdę tędy w pokoju i opuszczę wasze ziemie najszybciej, jak to możliwe".
"Nie możemy się na to zgodzić! Sądzisz, że zawierzymy na słowo każdemu, kto wkroczy na nasze ziemie na czele zbrojnej armii?"
Tym razem dostrzegłem, jak pieści Lysandera zaciskają się u jego boków. Nie przywykł, by kwestionowano jego słowo honoru.
"Nie proszę, byście wierzyli na słowo każdemu, uwierzcie tylko mnie! Chcę uniknąć wojny" - odpowiedział Lysander.
"Skoro tak, to nie powinieneś był wchodzić na ziemie Koła! Odejdź, jeśli naprawdę chcesz uniknąć wojny!"
"Tego nie mogę uczynić!"
"A więc nie mamy już o czym rozmawiać, nieprawdaż? Pożałujesz chwili, w której przekroczyłeś granicę Koła, Lordzie Lysanderze. Wkrótce Palaedra będzie musiała poszukać nowego króla!"
Posłaniec odjechał bez zwłoki, nie było więc czasu odpowiedzieć.
Lysander był rozgniewany, lecz nie zaskoczony.
"Czy w całym Kole nie ma nikogo rozsądnego?" - zapytał.
"Pamiętaj o jednym" - odrzekł Adamus. "Wszyscy pochodzimy z tego samego świata, a nawet z tego samego kraju. Ich domy zostały im zabrane, stracili też bliskich w wyniku wojny i zawieruchy. Ich zachowanie nie jest rozsądne, ma jednak swoje uzasadnienie".
"Tak czy inaczej, dojdzie do przelewu krwi, choć można go było uniknąć" - odparł Lysander i zawrócił konia, by dołączyć do pozostałych.
4.
Wielu miejscowych ucieka na nasz widok, inni po prostu nie chcą z nami rozmawiać. Jak dotąd jedynie Adamus zdołał skłonić do mówienia klika bardziej religijnych osób.
Dziś właśnie, podczas wizyty w świętym przybytku, udało mu się poznać nazwę miejsca, którego szukamy - Garnizon Glen.
5.
Gdy zwiadowcy donieśli, że od dobrych kilku godzin podąża za nami wóz, zgłosiłem się na ochotnika, by zbadać sprawę.
Lysander nalegał, bym wziął ze sobą kilku żołnierzy. Odłączyliśmy się od głównej grupy i ukryliśmy w kępie drzew w oczekiwaniu na ofiarę.
Tak, jak się spodziewaliśmy, gościńcem nadjechał czarny, kryty wóz, podskakując na wybojach. Woźnica był przysadzistym, starszym mężczyzną o silnych ramionach. Obok niego, trzymając kuszę na kolanach, siedział jeszcze niższy człowiek z długą, brązową brodą. Nie, chwilę! To nie był człowiek, lecz krasnolud.
Gdy wóz dojechał do naszej kryjówki, wyskoczyliśmy zza drzew i otoczyliśmy zwierzynę.
"Stać!" - krzyknąłem.
Woźnica mógł popędzić konie, lecz my wszyscy mieliśmy wierzchowce, bez trudu więc byśmy go doścignęli. Krasnolud podniósł kuszę i wycelował prosto w me serce, zorientowawszy się, że to ja jestem przywódcą.
"Nie jesteście bandytami!" - powiedział woźnica. "Nosicie barwy Palaedry".
"Tak, jesteśmy wiernymi żołnierzami Lysandera, władcy Palaedry, wy zaś nas śledzicie. Wytłumaczcie się".
Ku mej ogromnej uldze krasnolud opuścił kuszę i odparł: "Ech, nic w tym złego. Chcieliśmy was dogonić i spróbować ubić jakiś interes".
"Tak, jesteśmy Mott i Bawdo, kowale nad kowalami!" - dodał woźnica.
"Bawdo i Mott!" - rzucił krótko krasnolud.
Mott, woźnica, mruknął coś pod nosem i zignorował uwagę.
"Chcecie broni, która przetnie pancerz wroga niczym pergamin? A może zbroi, na których nieprzyjaciele połamią miecze? Mott i Bawdo wykują, co zechcecie".
Opuściłem miecz. Ci dwaj nie stanowili zagrożenia.
"Wybaczcie, mamy już własnych kowali".
"Zobaczcie tylko, co my potrafimy, a wyrzucicie swych kowali na zbity pysk".
"Daj mu spokój" - wtrącił Bawdo. "Nieładnie tak pozbawiać pracy ludzi naszej profesji!" Obróciłem się po cichu, by odejść, lecz Mott rzekł: "Żaden z naszych kolegów po fachu nie pomógł nam, odkąd opuściliśmy Garnizon Glen!"
"Co takiego?" - spytałem. "Pracowaliście w Garnizonie Glen?"
Wziąwszy me zainteresowanie za szansę na ubicie interesu, Mott klepnął wspólnika w ramię i odparł: "Oczywiście! Zatrudnił nas sam kapitan Ferth, gdy tylko zobaczył, jak doskonałą robimy broń".
Najlepszym sposobem na uciszenie obu kowali i wydobycie z nich potrzebnych informacji było zajęcie ich jakąś pracą, więc bez wahania zaproponowałem im posadę. Bez oporów opowiedzieli mi wszystko o pracy w Garnizonie Glen.
"Kapitan Ferth nie był taki zły, trochę tylko skąpy, gdy trzeba było płacić. Zawsze próbował zbić nasze ceny" - rzekł Bawdo.
"Dobrze, że mamy go już z głowy" - dodał Mott. "Wiecznie był niezadowolony. Może denerwowało go, że jest tam tylko po to, by strzec jakiejś staruszki".
Uśmiechnąłem się i pozwoliłem im jeszcze trochę ponarzekać. Lord Lysander z pewnością chciałby usłyszeć, co mieli do powiedzenia.
6.
Tego ranka udało mi się nareszcie pobyć przez chwilę samemu. Gdy tak czekałem, aż woda zagotuje się nad niewielkim ogniskiem, przyłapałem się na tym, że patrzę na wschód w oczekiwaniu na wschód słońca.
I tak moje myśli powróciły ku Wyroczni Świtu. Przywołałem w myślach jej kształtne ciało przykryte żółtą tuniką, zaraz jednak poczułem się nieswojo. Jak mogłem tak pomyśleć o kapłance?
Przechadzając się wkoło ogniska, pomyślałem też o pytaniu, jakie mi zadała. Jaki jest mój cel? Po co żyję?
Nigdy dotąd nie musiałem się zastanawiać nad celem mego życia. Tylko ludzie tacy, jak Lord Lysander, Adamus, a może nawet Proetho, mają w życiu jakiś cel. Ja jestem tylko sługą.
Mój ojciec zaś często wspominał o przeznaczeniu. On też wywodził się z ludu. Uważał, że biegłość, z jaką posługiwał się kuszą, jest darem od Boga, i korzystał z niej, by bronić dawnego Królestwa Erathia. Był tak pewien, że to cel jego życia, że pozostawił syna sierotą, żonę wdową.
A jednak to jego odwaga umożliwiła mi zostanie giermkiem.
Czy to właśnie jest mój cel? Do końca swoich dni służyć Lordowi Lysanderowi? Być może. To wybór, którego dokonywałem przez te wszystkie lata. Może rzeczywiście unikałem ożenku? Życie, które toczę u boku Lysandera, jest pełne niebezpieczeństw. Któregoś dnia nie dopisze mi już szczęście, a nie chcę, tak jak mój ojciec, pozostawić małego synka sierotą.
Gdybym jednak mógł ukołysać na kolanach syna...
Gdybym mógł objąć kobietę, którą kocham nad życie...
Jaki jest mój cel? Po co żyję?
7.
Dość już doświadczyłem, by wiedzieć, że wojna w niczym nie przypomina chwalebnych pieśni i opowieści snutych przy kominku. Wojna jest krwawa, brutalna, męcząca i niebezpieczna, szczególnie dla niewinnych.
Pewnego ranka odłączyłem się wraz z wozem i niewielkim oddziałem od głównych sił, by kupić trochę żywności w pobliskich wioskach. Nasze zapasy były już na wyczerpaniu, a [p]Lord Lysander chciał przynajmniej zapewnić żołnierzom pełne brzuchy.
Nie szło nam zbyt dobrze - nikt nie chciał z nami handlować. Bardzo się więc zdziwiłem, gdy w czwartej z kolei wiosce, na widok mego złota, mieszkańcy przyjęli nas i zgodzili się dostarczyć tyle żywności, ile tylko mogli.[/p]Dwóch chłopców, uwalanych przyschniętym błotem, podeszło do mnie, gdy moi ludzie ładowali na wóz worki chleba i warzyw.
"Panie rycerzu!" - zawołał jeden z chłopców.
"Nie jestem rycerzem, tylko giermkiem" - odparłem. Dla nich jednak każdy człowiek w zbroi wyglądał tak samo.
"Założyłem się właśnie z przyjacielem, że uda ci się kopnąć piłkę tak, by wyleciała z wioski. On powiedział, że nie potrafisz!"
"Wcale tak nie powiedziałem!" - odkrzyknął drugi, podając mi skórzaną piłkę.
"Potrafisz?"
Zaśmiałem się odbierając z jego rąk piłkę. Przypomniało mi się bowiem, jak kiedyś, dawno temu, założyłem się z przyjacielem o to samo. O ile dobrze pamiętam, przegrałem. "No dobrze, a o co zakład?" - zapytałem, kładąc piłkę na ziemi i odsuwając się o parę kroków.
"Dostał na targu dwa cukierki. Jeśli uda ci się wykopać piłkę poza wioskę, dostanę jednego!"
"Tylko jednego?" - spytałem.
Spojrzałem w stronę krańca wioski, nie było to wcale tak daleko. Dla chłopca jednak równie dobrze mogła to być mila. Podbiegłem więc do piłki i z całej siły posłałem ją wysoko w powietrze. Zboczyła nieco na lewo i przeleciała tuż nad jednym z domów, wyleciała jednak daleko poza wioskę.
"Hura!" - krzyknął zwycięzca zakładu.
Wyciągnąłem dłoń, by wytargać go za włosy, w tej samej chwili skrzywiłem się jednak z bólu. W mym przedramieniu nagle pojawiła się strzała! Dopiero po chwili zorientowałem się, co się dzieje, potem zaś odczułem ból.
"Zasadzka!" - ryknąłem
Kolejna strzała ze świstem przeszyła powietrze tuż nad moją głową. Napastnicy wychynęli zza drzew po drugiej stronie pobliskiego gospodarstwa. Mieli przewagę liczebną, próbowali też oskrzydlić wioskę, by odciąć nam drogę ucieczki.
"Łucznicy naprzód! Wystrzelać ich, póki są na otwartym terenie!" - rozkazałem.
Nie mogłem dobyć miecza, gdyż prawą rękę przeszywał straszliwy ból. Po chwili kolejna strzała zaryła w ziemię kilka cali od mej stopy. Wtedy dotarło do mnie, że napastnicy rozpoznali we mnie przywódcę, i to właśnie ja byłem ich celem! Koło mnie nadal zaś stali obaj chłopcy.
Odwracając się plecami do nieprzyjaciela, podniosłem obu młokosów i pomimo potwornego bólu, spowodowanego odniesioną raną, pobiegłem do najbliższej chaty. Otworzyłem drzwi silnym kopniakiem i wepchnąłem ich do środka.
"Nie wstawać!" - nakazałem im.
Kolejna strzała grzmotnęła w mój hełm niczym maczuga. Świat zawirował mi przed oczyma, zatoczyłem się o kilka kroków.
"Nie ustępować!" - rozkazałem mym ludziom. "Chronić wieśniaków!"
Wtedy straciłem przytomność.
8.
Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem odzyskawszy przytomność, były końskie zęby Proetha. Po kiego czorta się tak uśmiechał?
"Oto nasz mężny obrońca uciśnionych powraca z krainy śmierci!" - odezwał się. Nie miałem pojęcia, o czym mówi.
"Mam rozkaz sprowadzić Lysandera, gdy tylko odzyskasz przytomność" - powiedział Proetho i wstał.
Gdy spróbowałem się podnieść, zacząłem żałować, że nie mam jednej z flaszeczek Proetha, by ukoić ból głowy. Próbowałem rozmasować bolesne miejsce, jednak poczułem nagły ból w przedramieniu, w miejscu, gdzie zostało zszyte. Dotarło do mnie, że lepiej się nie ruszać.
Wkrótce do namiotu wpadł Lysander. Samolubna część mej duszy cieszyła się tym, jak bardzo się przejął mym losem.
Zwyciężyła jednak lepsza strona, która nie chciała, by zbytnio się martwił. "Czuję się dobrze" - powiedziałem.
"Jeden cal w bok i już byś nie żył, Miltonie!" - rzucił Lysander.
"Wybacz, panie".
"Powinieneś był sprawdzić las! Czemu go nie sprawdziłeś?"
"Mój błąd, panie" - odparłem ze wstydem.
Spodziewałem się, że wieśniacy ostrzegliby mnie, gdyby w pobliskich lasach ktoś się ukrywał, ale niby czemu mieliby to zrobić? Przecież byliśmy najeźdźcami!
Lysander chwycił mnie za rękę.
"Nie rób tego więcej" - powiedział spokojnie.
Przed wyjściem Lysander rzekł do mnie: "Dobrze się spisałeś, Miltonie. Szybko podjąłeś właściwą decyzję, wysyłając naprzód łuczników - ustrzelili połowę napastników, zanim ci zdołali się ukryć. Reszta się poddała".
"A co z chłopcami?" - spytałem. "Czy coś im się stało?"
"Jeden zdarł sobie kolana, gdy wrzuciłeś go do chaty, poza tym nic im nie jest".
Lysander pozostawił mnie z bolącą głową, piekącym przedramieniem i wspomnieniem piłki, która wykopałem z wioski. Nie był to żaden wielki wyczyn, szczególnie w porównaniu z pokonaniem napastników, dlaczego więc tak bardzo chciałem go powtórzyć?
9.
Znaleźliśmy Desette obok chaty z drewnianych bali, zbudowanej na skraju pokrytego kwietnym kobiercem wąwozu. Przykucnięta, zapamiętale wyrywała gołymi rękoma chwasty w ogrodzie. Zdawała się nie wiedzieć, że została tu uwięziona.
"Witaj, pani! Czy nosisz imię Desette?" - zapytał Lord Lysander. Podeszliśmy tylko we dwóch, by jej nie wystraszyć.
Desette wstała, otrzepała z rąk ziemię i odparła: "Tak, to ja! Zaskoczyliście mnie... Czy ja was znam?"
"Przykro mi, lecz nie. Jestem Lysander, władca Palaedry".
Desette nie rozpoznała oczywiście jego imienia, pewnie nigdy nie postawiła stopy na palaedrańskiej ziemi, skłoniła się jednak z szacunkiem.
"Miło cię poznać, panie!" - powiedziała.
"Cała przyjemność po mojej stronie, muszę jednak przyznać, że nie znalazłem się tu przez przypadek. Mam bowiem do ciebie pytanie, pani. Wybacz, jeśli jest nazbyt osobiste, muszę jednak wiedzieć, czy masz synów?"
"Miałam kiedyś dwóch synów. Starszy z nich poległ w dniach Rozliczenia" - odparła Desette, marszcząc czoło. Rana była jeszcze zbyt świeża.
"Przykro mi to słyszeć" - odrzekł Lysander. Zamilkł na chwilę wiedząc, że dalsze pytania nie byłyby mile widziane. W końcu jednak nie mógł dłużej czekać. "Jak zaś ma na imię twój drugi, żyjący syn?
"Mój młodszy syn? Ma na imię Worton" - odparła Desette.
W poszukiwaniu stali: 1. Desette okazała się niezwykle przyjazną i uczynną kobietą. Dowiedziawszy się, że jej syn, Worton, podaje się za syna Gryphonhearta z nieprawego łoża, zdziwiła się bardzo i zasmuciła. "Mój biedny Worton!" - powiedziała smutno. "Myślę, że zawsze wydawało mu się, iż nie dorówna ojcu i bratu. Pewnego dnia po prostu zaczął zadawać się z niewłaściwymi ludźmi, nie jest z natury zły!" Lysander nie miał serca wspomnieć, że Worton nakazał kapitanowi Ferthowi zamordować Desette, gdyby ktoś usiłował się z nią skontaktować. Wkrótce dowiedzieliśmy się też, co oznaczała pozostała część zagadki Wyroczni. Desette wyjaśniła nam, że jej mąż, a ojciec Wortona, był Miecznikiem Króla Gryphonhearta, a potem także jego córki, Królowej Katarzyny. "Sir Kentaine jest ojcem Wortona!" - wykrzyknął zadziwiony Lysander. Wszyscy słyszeli o legendarnym Sir Kentaine, szczególnie my, giermkowie. Kentaine był zwykłym giermkiem, gdy król Gryphonheart wpadł w zasadzkę podczas łowów. Wszyscy rycerze Gryphonhearta w krótkim czasie polegli, podobnie jak ich giermkowie. Król leżał na placu boju, uwięziony pod ciałem ubitego wierzchowca, poza nim jedynie Kentaine pozostał przy życiu. Młody giermek mógł pewnie umknąć, jednakże chwycił włócznię i rzucił się na wrogów. Udało mu się przebić do króla, wydobyć spod martwego wierzchowca i odjechać w bezpieczne miejsce. Krótko potem król Gryphonheart pasował Kentaine'a na rycerza i powierzył mu godność Miecznika. "Tak, Kentaine jest mym mężem" - rzekła Desette. "Ktoś przecież powinien był rozpoznać w Wortonie syna Kentaine'a" - zauważył Lysander. "Ależ nie!" - odparła z przekonaniem Desette. "Mój mąż utrzymywał życie osobiste w tajemnicy. Człowiek jadący o boku króla nie był tym samym, co człowiek zasypiający co noc u mego boku. Chciał nam oszczędzić tego drugiego, mieć nas tylko dla siebie". Nic więc dziwnego, że nikt nie mógł podważyć słów Wortona - jego pochodzenie było przez cały czas tajemnicą. A że jego ojciec by Miecznikiem, Worton miał mnóstwo czasu i okazji, by napatrzeć się na Ostrze Gryphonhearta. Mógł nawet być na tyle przewrotny i pomysłowy, by wykonać odcisk oręża. Lysander bez wątpienia doszedł do tego samego wniosku. "Oczywiście, teraz wszystko nabiera sensu! Syn Miecznika! Worton nie dobył Ostrza Gryphonhearta, dobył fałszywego miecza!" - rzekł Lysander. Adamus odparł na to: "Sądzę więc, że i pozostałe słowa zagadki wyroczni są już jasne. 'Odszukaj wpierw stal', Lordzie Lysanderze. Musisz odnaleźć prawdziwe Ostrze Gryphonhearta, by dowieść oszustwa Sir Wortona!" 2. Niestety, nikt nie widział Sir Kentaine'a od czasu Rozliczenia. Wielu sądziło, że poległ wraz z Królową Katarzyną, może jednak Sir Kentaine zdołał umknąć do nowego świata? Potem Desette opowiedziała nam, że przed pozostawieniem jej w Kole Worton przyniósł wieści o tym, że Kentaine został uwięziony daleko na północy przez czarownika. Przez cały ten czas Desette sądziła, że Worton poszukuje ojca, on tymczasem knuł, jak przejąć tron królestwa. "To pewnie kolejne kłamstwo!" - zauważył Proetho, choć była to rzecz oczywista. "Wątpię, czy jakiekolwiek słowa Wortona można uznać za prawdziwe". "Muszę się z nim zgodzić, panie. Sir Kentaine jest pewnie kolejną ofiarą Rozliczenia" - zgodziłem się. Lysander jednak pokręcił głową. "Nie, Wyrocznia kazała mi szukać stali. Ostrze Gryphonhearta musi gdzieś być, a więc i Sir Kentaine z pewnością żyje. Poza tym plan Wortona pozwoli mu zdobyć Palaedrę wyłącznie, jeśli jego ojciec nie żyje lub zaginął. Myślę, że Worton wiedział, iż jego ojciec jest zamknięty w lochach czarownika, zaś Prawdziwe Ostrze Gryphonhearta zostało stracone. W przeciwnym wypadku nigdy nie spróbowałby sięgnąć po koronę". "Cóż więc uczynimy, Lordzie Lysanderze?" - zapytał Adamus. "Na wschodzie jest mała przystań. Wsiądziemy na statek i skierujemy się na północ od Palaedry. Zobaczymy, czy ów czarownik rzeczywiście istnieje". Desette podeszła do nas i zapytała: "Czy mogę wyruszyć z wami, panie? Błagam, oddam wszystko, żeby tylko zobaczyć znów mego ukochanego męża!" "Ależ oczywiście, Lady Desette! Oczywiście!" 3. Postanowiłem samemu zanieść Lordowi Lysanderowi złą nowinę. "Kilku zwiadowców donosi, że od południa weszła na ten teren kolejna armia". "Pod jakim zebrali się sztandarem?" - zapytał Lysander, choć zdawał się z góry znać odpowiedź. "Pod dawnym sztandarem Gryphonhearta, a więc są bez wątpienia wierni Sir Wortonowi". "Pewnie więc wiedzą, po co tu jestem. Worton posunie się nawet do zabójstwa własnego ojca, bylebym do niego nie dotarł!" - rzekł z obrzydzeniem Lysander. "Wszystko na to wskazuje" - odparłem. "Jeśli więc nie dotrzemy do Sir Kentaine'a przed nimi, Palaedra wpadnie w ręce tego oszusta i mordercy!" Z tonu, jakim przemawiał mój pan, wnosiłem, że prędzej zginie, niż do tego dopuści. 4. Często pracuję do późnej nocy, dokańczając codzienne obowiązki i pilnując rozmieszczenia nocnych straży, przywykłem więc do przekradania się pomiędzy śpiącymi żołnierzami. Tej nocy zaskoczyła mnie jednak Lady Desette, radośnie wirująca i nucąca jakąś melodię w ciemnościach za namiotem. Bez wahania podszedłem do niej. Zobaczywszy minie, uśmiechnęła się i leciutko spłoniła. "Przyłapałeś mnie, Giermku Miltonie" - powiedziała. "Nie chciałem cię niepokoić, pani. Byłem tylko ciekaw, czy mogę ci w czymś pomóc. Nie możesz zasnąć?" - zapytałem. Lady Desette roześmiała się szczerze i z gracją obróciła na palcach. "Nie, drogi Giermku, czuję się świetnie, a nawet lepiej! Tańczę! A czy ty lubisz tańczyć?" "Lord Lysander z rzadka bywa na balach, niewiele więc miałem okazji, by się nauczyć". Niespodziewanie Desette chwyciła mnie za rękę i przyciągnęła do siebie. "Taka szkoda! A ja tak uwielbiam tańczyć". "O tej porze?" "Staram się tańczyć każdego wieczoru, pomimo wieku. Dzięki temu serce pozostaje młodym". To rzekłszy, zaczęła obracać się i wyginać w rytm niesłyszalnej muzyki. "Zatańcz ze mną, Miltonie! Od tak dawna nie miałam partnera" - rzekła Desette. Nie mogłem jej odmówić. Desette zanuciła dla mnie przepiękną melodię, lecz moje niezdarne stopy z trudem trzymały rytm. Zdawało mi się, że mijały całe godziny, zanim wreszcie zacząłem poruszać się w takt muzyki. "Poruszasz się zgrabniej, niż ci się wydaje, Giermku!" "Gdybyż tak było w istocie, pani!" Desette roześmiała się, nie przerywając tańca. Wkrótce poczułem się nieswojo, zaczęło bowiem do mnie docierać, że tego mi właśnie brakowało! Nigdy dotąd nie tańczyłem z kobietą pod gwiaździstym niebem, tak pewnie mężczyzna tańczy z ukochaną kobietą, z żoną. Ja zaś nigdy dotąd nie byłem zakochany. 5. Aby sprawiedliwości stało się zadość, Lord Lysander umieścił czarownika Mastero w tej samej celi, w której ten więził Sir Kentaine'a. Samego Miecznika zastaliśmy przy życiu, choć poobijanego i wygłodzonego. Był to mężczyzna o szerokich ramionach, w wieku lat około sześćdziesięciu, wciąż jednak pełen młodzieńczej energii. Jego wąsy i krótkie, mocne włosy przyprószone były siwizną. Lysander wręczył mu prawdziwe Ostrze Gryphonhearta, trzymając je oburącz i klękając, aby oddać należną cześć Miecznikowi i królewskiemu mieczowi. Zanim jednak Sir Kentaine zdołał chwycić miecz, Desette rzuciła mu się w ramiona i ucałowała z całych sił. Odwróciłem się i odszedłem, gdy tak szlochali ze wzruszenia. Nie chciałem im zakłócać tak osobistej chwili, bolało też to, że mnie nikt nigdy w ten sposób nie powitał. Gdy ich usta w końcu się rozdzieliły, Sir Kentaine objął żonę swymi potężnymi ramionami i przytulił z całych sił, potem zaś spojrzał na prawdziwe Ostrze Gryphonhearta. "Nie mogę go przyjąć, panie" - rzekł Kentaine. "Przeżyłem króla i królową, i poprzysiągłem sobie, że jeśli zobaczę jeszcze mą ukochaną żonę, zrzeknę się godności Miecznika, abyśmy już zawsze byli razem, do końca naszych dni. Zbyt długo trwała nasza rozłąka!" "Ponad sześć lat, ukochany!" - wykrzyknęła Desette. "Sześć lat?! Tak długo?!" Lysander zaczął się nerwowo wiercić. "Musi przecież być Miecznik, Sir Kentaine". "Tak" - odparł Kentaine. "Niech nim zostanie ten, który odzyskał miecz z rąk Mastero". Cóż, nic prostszego. Ot tak sobie, Lysander został Miecznikiem. Przypasał miecz na plecach, gdzie był najbezpieczniejszy, potem zaś ujął dłoń Sir Kentaine'a. "Mam dla ciebie tylko jedno zadanie, zanim udasz się na zasłużony odpoczynek, Sir Kentaine. Potrzebuję twej pomocy, jak i pomocy twej zacnej żony" - rzekł Lysander. Prawowity dziedzic: 1. Nigdy nie wątpiłem, że Lord Lysander pokona Wortona i ocali Palaedrę, ostatnio jednak zacząłem się martwić, że coś niezależnego od niego może pokrzyżować nasze plany. Wiem jednak, że moje obawy są bezzasadne, szczególnie teraz, gdy Sir Kentaine stanął po naszej stronie w walce ze swym niegodnym synem. Gdy jednak stanęliśmy na granicy Palaedry, zastaliśmy królestwo pogrążone w wojnie domowej. Podczas, gdy my ratowaliśmy Sir Kentaine'a, Worton przypuścił atak i podbił większość kraju, w tym stolicę - Paledon. Sir Daymarc, mianowany namiestnikiem Palaedry na czas nieobecności Lysandera, został pokonany w bitwie i uwięziony. Mogło się wydawać, że już wszystko stracone. Gdy tylko dotarły do nas wieści o zwycięstwach Wortona, Lysander zwołał swych doradców - Sir Kentaine'a, Lady Desette, Adamusa, Proetho, a nawet mnie. Zdawszy relację z postępów Wortona, Lysander przerwał na chwilę i spojrzał w oczy każdemu z nas. Twarz miał napiętą, widać było wysiłek, z jakim tłumi gniew. "Taką właśnie mamy sytuację!" - wycedził Lysander przez zaciśnięte żeby. "Worton kontroluje Paledon i cztery inne strategiczne miasta w sercu Palaedry. Ogłosił się królem Wortonem Gryphonheartem i rozesłał do wszystkich miast listy z żądaniem, by mieszkańcy złożyli mu hołd, w przeciwnym razie grozi surowymi konsekwencjami". Dopiero po dłuższej chwili ktoś odważył się przerwać milczenie. "Niestety!" - rzekł Adamus. "Nie widzę szansy na rozwiązanie dyplomatyczne, zdaje się, że wojna jest nieunikniona". "Zgadzam się" - przytaknął Sir Kentaine. Proetho i Desette także skinęli na potwierdzenie tych słów. Wtedy wszystkie oczy zwróciły się na mnie, Lysander zaś zapytał "A co ty sądzisz, Miltonie?" "Ja?" "Tak. Od samego początku jesteś u mego boku, znasz ten kraj i jego lud równie dobrze, jak ja. Palaedra pogrążona jest w chaosie! Cóż mam uczynić?" Sam udział w tej naradzie był dla mnie zaszczytem, nie spodziewałem się jednak, że zostanę spytany o zdanie. Musiałem coś odpowiedzieć, i to szybko. "Nie mogę uwierzyć, by cała Palaedra wyparła się ciebie, panie. Niemożliwe, byśmy tylko my zrozumieli, że Sir Worton kłamie" - odrzekłem. "Co chcesz przez to powiedzieć?" - zapytał Lysander. "Choćby nie wiadomo jak silny wydawał się teraz Sir Worton, nie popiera go cała Palaedra. W przeciwnym razie miałby pod swą kontrolą więcej niż pięć miast. Jeśli rozgłosimy, że w żyłach Wortona nie płynie krew Gryphonhearta, jestem przekonany, że ludzie staną po twej stronie, nie zaś przeciw tobie. Skoro nie przyłączyli się jeszcze do Wortona, nie mają pewności, czy mówi prawdę. Brak im dowodu!" "Doskonale, giermku Miltonie!" - skomentował Adamus. "Wahają się, gdyż boją się dokonać złego wyboru". W tym momencie przerwał nam Sir Kentaine: "Raz jeszcze muszę cię przeprosić za niegodne zachowanie mego syna, Lordzie Lysanderze! Przysięgam, że wraz z Desette pozostaniemy u twego boku dopóty, dopóki nie zostanie naprawione zło, które wyrządził. Choć to dla mnie wielki wstyd, będę krzyczał z każdej wieży, że Worton jest moim potomkiem, nie zaś króla Gryphonhearta!" Desette chwyciła męża za rękę i przytuliła się do niego. Cały czas spędzali razem, często trzymając się za ręce. Poczułem, że żal ściska mnie w dołku i odwróciłem wzrok. Po chwili milczenia Lysander podjął decyzję: "Ruszamy natychmiast, by odbić Palaedrę z rąk uzurpatora!" Adamus i Proetho wyszli natychmiast, ja natomiast pozostałem jeszcze chwilę i dostrzegłem, jak Lysander chwyta dłonie Sir Kentaine'a i Lady Desette. "Przyrzekam wam jedno" - powiedział spokojnym głosem. "Gdy nadejdzie czas, zrobię, co w mej mocy, by oszczędzić waszego syna. Nie dopuszczę, byście stracili obu!" 2. Podejmując ostatnią próbę położenia kresu wojnie, zanim jeszcze się na dobre rozpętała, Sir Kentaine i Lady Desette napisali do swego syna list. Ostrzegli go, że prawda o jego pochodzeniu wkrótce wyjdzie na jaw i błagali, by poddał się, zanim zginą kolejni niewinni ludzie. Okazali mu wielkoduszność, zapewniając go o swej miłości pomimo zbrodni, jakich dokonał. Sir Kentaine przeprosił go też, że nie spędzał z nim więcej czasu w dzieciństwie. Gdy Desette skończyła czytać list Lordowi Lysanderowi, dodała "Liczyliśmy, że jeden z twych posłańców zdoła dostarczyć go naszemu synowi w Paledonie". Lysander wziął list z jej rąk. "Oczywiście, pani! List ten dostarczy mój giermek, Milton" - odrzekł Lysander, wręczając mi pergamin. Poczułem, jak tężeją mi mięśnie. Dlaczego ja? Chwilę później, po wyjściu Sir Kentaine'a i Lady Desette, Lysander usiadł obok mnie. Z pewnością zauważył me wcześniejsze zaskoczenie, gdyż natychmiast zaczął się tłumaczyć. "Pojedziesz pod flagą parlamentariusza, Miltonie, będziesz więc bezpieczny. Gdy jednak dostarczysz list Wortonowi, spójrz w oczy jego żołnierzom. Powiedz mi, jak bardzo są mu wierni, czy będą gotowi umrzeć za niego. Tylko tobie ufam na tyle, by powierzyć dokonanie tej oceny, Miltonie". "Dziękuję, panie!" - rzekł. "Zrobię, co w mojej mocy". "Wiem". 3. Szczęśliwie dla nas nieskalana reputacja Sir Kentaine'a i Lady Desette wystarczyła, by przekonać mieszkańców Rasan Hill, że Worton nie jest prawowitym dziedzicem tronu Gryphonhearta. Postanowili przyłączyć się do nas w walce z uzurpatorem. 4. Po kraju zaczynają się rozchodzić wieści, że Worton nie jest prawdziwym królem, szczególnie w rejonach, gdzie nie ma lordów, którzy stłumiliby takie pogłoski. Władze i lud miasta Barrington postanowiły stanąć po naszej stronie. 5. Kolejne miasto przyłączyło się do nas w walce przeciw uzurpatorowi. Niestety Muldroon będzie już ostatnim, żadna inna społeczność nie odważy się stanąć przeciw potężnym siłom Wortona, trudno ich z resztą za to winić. 6. W drodze do Paledonu nieprzyjacielskie patrole zatrzymywały mnie tyle razy, że straciłem już rachubę. Za każdym razem musiałem wyjaśniać, że wiozę wiadomość dla samego Sir Wortona. Gdy po raz pierwszy nazwałem go 'Sir', oberwałem pancerną rękawicą w szczękę, aż do krwi. "Mówisz o KRÓLU Gryphonhearcie, zdrajco!" - warknął żołnierz. Zgodnie z rozkazem spojrzałem mu w oczy. To nie lojalność stała za jego gwałtowną reakcją, nie był nawet prawdziwym żołnierzem. Uderzył mnie, bo po prostu lubił przemoc. To takich rzezimieszków werbował Worton do swej armii? 7. Przybywszy pod bramę Paledonu, oznajmiłem swe imię i cel mego przyjazdu. Zamiast jednak zaprowadzić mnie przed oblicze Wortona, strażnicy przedstawili mnie majordomusowi. Wydawał się znacznie tłustszy, niż gdy widziałem go po raz ostatni, na pulchnych paluchach miał też znacznie więcej złotych pierścieni. Gdy jednak przejeżdżałem ulicami Paledonu, dostrzegłem ludzi z zapadniętymi policzkami i wyrazem przerażenia na twarzach. Worton wyrywał ludziom ostatnie grosze, by sfinansować wojnę przeciw Lordowi Lysanderowi, zaś ludzie tacy jak majordomus czerpali z tego korzyści. Po krótkim i bezcelowym spotkaniu z majordomusem zostałem zaprowadzony do własnej komnaty, w której przesiedziałem bezczynnie trzy dni. 8. Choć nie mówiono o mnie jako więźniu, tak mnie traktowano przez owe trzy dni. Przed mymi drzwiami stał strażnik, a że nie mogłem się nigdzie bez niego oddalać, rzadko ruszałem się z komnaty. Gdy jednak spojrzałem w oczy strażnika, dostrzegłem w nich niepewność, a nawet odrobinę strachu. Po prostu wykonywał swą powinność, może nawet chciałby się od niej uchylić. Teraz już wiedziałem, dlaczego to mnie wysłał Lysander. Wiedziałem o wierności więcej, niż ktokolwiek inny - co dzień widziałem ją przeglądając się w lustrze. Mój pan chciał wiedzieć, czy ludzie Wortona są mu wierni, jeśli bowiem nie, mielibyśmy znacznie łatwiejsze zadanie. Chwilę później ktoś zapukał do drzwi, a potem weszła nimi najwyższa kobieta, jaką dotąd widziałem. Ramiona miała szerokie, ciało miała jednak całkiem kształtne. Szczególnie spodobały mi się delikatne zmarszczki w kącikach jej ciemnoniebieskich oczu, jeszcze piękniejsze, gdy uśmiechnęła się, stawiając tacę z jedzeniem na niewielkim stoliku przy oknie. "Lubię jadać przy oknie" - powiedziała, z rozmachem otwierając okiennice. "Lepiej się wtedy trawi". "Dziękuję" - odparłem. "Co się stało z dziewczyną, która przedtem przynosiła jedzenie?" Od trzech dni posiłki przynosiła mi ta sama młoda służąca. "Poprosiłam, żeby udawała chorą" - wyszeptała. Natychmiast odsunąłem się od drzwi. "Kim jesteś?" - zapytałem po cichu. "Mam na imię Porsha, ty zaś jesteś wysłannikiem Lorda Lysandera, prawda?" "Tak, jestem jego giermkiem i mam na imię Milton". "Nie mogę tu zbyt długo zostać, strażnik zacznie coś podejrzewać" - rzuciła szybko Porsha. Pohałasowała trochę tacą z jedzeniem na użytek strażnika, zyskując kilka dodatkowych chwil. "Czemu do mnie przyszłaś?" "Z dwóch powodów, w tym jednego osobistego, dlatego właśnie się zgłosiłam. Przyszłam ci powiedzieć, że wszyscy dowódcy i żołnierze wierni Lordowi Lysanderowi zostali zabici bądź uwięzieni. Paledon stanie przeciwko wam, jeśli uderzycie, wiedzcie jednak, że tutejszy lud nie miłuje Króla Wortona!" "Tyle już zauważyłem" - odparłem. Prosha podeszła bliżej i położyła mi dłoń na ramieniu. Pachniała świeżym chlebem i cynamonem. "Przyszłam tu też z powodów osobistych. Czy to prawda, że z Lordem Lysanderem podróżuje teraz kapłan imieniem Proetho?" Jej oczy wyrażały wielkie zmartwienie, szybko się więc domyśliłem, o co chodzi. Z pewnością była to żona Proetha, a może raczej kochanka. Tylko miłość mogła wyrazić się tak wielką troską. Ach, ten mój pech! A już zaczynałem przy niej zapominać o wojnie. "Tak, Proetho jest jednym z doradców mego pana". "Czy u niego wszystko w porządku?" Stuknął rygiel i drzwi otworzyły się ze zgrzytem. "Tak" - odpowiedziałem pospiesznie. Wtedy Porsha trzasnęła mnie otwartą dłonią. Zatoczyłem się na łóżko, potknąłem o nie i padłem na posadzkę. "Nie jestem ladacznicą, drogi panie! Robię ci zaszczyt przynosząc osobiście jedzenie, a ty tak mnie traktujesz! Jak śmiesz?!!" Pomimo zawrotów głowy dostrzegłem złośliwy uśmiech strażnika. Stojąc nadal tyłem do niego, Porsha uśmiechnęła się, mrugnęła porozumiewawczo i wypadła z pokoju. Nie wszystko jeszcze do mnie dotarło, ale stwierdziłem, że pewnie pomyślę trzeźwiej, gdy pokój przestanie wokół mnie wirować. "Masz szczęście, panie" - rzekł strażnik. "Nie połamała ci nóg, a potrafi". Potem zaś zamknął drzwi, pozostawiając mnie sam na sam z bólem. 9. Piątego dnia spotkałem nareszcie Sir Wortona. Siedział na bogato rzeźbionym tronie, tak nowym, że jeszcze go nie pomalowano. Choć nie miał na głowie korony, jego ramiona przykrywała peleryna z błękitnego jedwabiu, na kolanach zaś trzymał fałszywe Ostrze Gryphonhearta. Wpatrywałem się w miecz przez jakiś czas, nie byłem jednak w stanie odróżnić go od oryginału. "Masz coś dla mnie, giermku?" - rzucił arogancko Worton, trzymając nieotwarty jeszcze list. Uśmiechnął się do lordów i rycerzy zgromadzonych w sali tronowej. "Czyżby to była bezwarunkowa kapitulacja Lorda Nudziarza?" Zacisnąłem usta, gdy inni wybuchli śmiechem. Czując się tak pewnie strażnicy pozostawili mi nóż do krojenia posiłków, wciąż był przypasany do mego boku. Lysander nauczył mnie, by wszystkie ostrza były zawsze ostre jak brzytwa, nawet te, których nie używa się w boju. Gdy tak patrzyłem na uśmiechniętą złośliwie twarz Wortona, pomyślałem, jak łatwo byłoby dobyć noża i poderżnąć łajdakowi gardło. Nikt nie był na tyle blisko, by mnie powstrzymać. Przypomniałem sobie jednak przyrzeczenie, jakie złożył mój pan Sir Kentaine'owi i Lady Desette - że oszczędzi Wortona. Przyrzeczenie Lysandera było moim przyrzeczeniem, zabójstwo nie wchodziło więc w grę. Rezygnując z ataku obawiałem się jednak, że wkrótce pożałuję straconej szansy. "Nie, wasza wysokość" - słowa te z trudem przeszły mi przez gardło. "Oto list od twych PRAWDZIWYCH rodziców, Sir Kentaine'a i Lady Desette". Nie powinienem był wypowiadać ostatnich kilku słów, szczególnie przed wszystkimi zebranymi. Byłem jednak wściekły, uderzyłem więc w Wortona jedyną dostępną bronią. Worton podarł list nie czytając, wrzeszcząc przy tym: "Kłamstwa! Oszczerstwa!" Jeden ze strażników powalił mnie na podłogę, Worton zaś wyładował na mnie swój gniew, kopiąc do utraty przytomności. 10. Obudziłem się kilka dni temu w lochu, posiniaczony, zakrwawiony i nagi. W sąsiedniej celi zamknięty był Sir Daymarc, niedawny namiestnik, którego stan był znacznie gorszy. Prócz wielu innych obrażeń miał też złamaną szczękę, niewiele więc rozmawialiśmy. Po kilku dniach bez jadła i wody przyniesiono mi w końcu miskę wodnistego rosołu. Służąca delikatnie podniosła miskę do mych ust, bym mógł się napić, gdy zaś strażnik odszedł na chwilę, sięgnęła pod fartuch i szybko wsunęła mi w dłoń zawinięty w płótno kawał mięsa wielkości pięści. "To do Porshy" - wyszeptała. "Dziękuję ci, podziękuj też jej w mym imieniu". Gdy skończyłem jeść rosół, służąca zmyła nieco zaschniętej krwi z mej twarzy. "Nie poddawaj się" - powiedziała przed wyjściem. Podbudowany słowami służącej, krzyknąłem "Nie poddawaj się, Sir Daymarcu! Lord Lysander wkrótce tu przybędzie!" 11. Lord Lysander osobiście zdjął mi kajdany i wyprowadził mnie z ciasnego lochu Paledonu. "Tak mi przykro, Miltonie" - powiedział. "Ależ panie!" - odrzekłem szybko. "Skąd mogłeś wiedzieć, że Worton tak potraktuje parlamentariusza. "Mogłeś zginąć!" "Żyję jednak, a Palaedra jest znów twoja. Nareszcie koniec!" "Jeszcze nie" - odrzekł Lysander. Odbicie Paledon powinno być okazją do świętowania, wkrótce jednak dowiedziałem się, że nie odnaleziono Sir Wortona. Dopóki pozostawał na wolności, bitwa nie była jeszcze wygrana. Gdy Adamus opatrzył me rany, spotkaliśmy się wszyscy w sali tronowej. Wymyślny tron Wortona zniknął, zastąpiło go zwykłe krzesło. Znając Lysandera, tron Wortona trzaskał już dawno w jakimś kominku. Poczułem nagłe ukłucie bólu, gdy ujrzałem Porshę, kobietę, która utrzymywała mnie przy życiu w więzieniu, w ramionach Proetha. Proetho zaś rzekł: "Ten tchórz Worton wyślizgnął się wczorajszej nocy przez mur i przedarł przez oblężenie na koniu ukradzionym biednemu chłopu!" Potem Proetho poklepał Porshę po ramieniu i dodał: "A wiemy to dzięki mojej starszej siostrzyczce!" Uśmiechnąłem się z ulgą. Oczywiście! To z takiej miłości wzięła się troska Porshy - miłości do brata! Dostrzegła chyba wyraz mojej twarzy, uśmiechnęła się bowiem do mnie. Wtedy Lysander postanowił: "Ruszam za nim". Gdy Sir Kentaine powstał, by przyłączyć się do niego, Lysander rzekł: "Nie! Pojadę sam. Chcę, byś tu został jako namiestnik Palaedry, Sir Kentaine. Sir Daymarc zbyt ucierpiał, by objąć władzę". "Ja więc pojadę!" - wtrącił się Proetho. Raz jeszcze Lysander odmówił, upierając się przy samotnej wyprawie. "Nie bądź głupcem! Nie wiesz, jakie mogą na ciebie czyhać niebezpieczeństwa" - zaoponował Proetho. "Potęga Wortona legła w gruzach. Ucieka w panice! Nie mogę pozwolić, by pozostał na wolności, w takim wypadku Palaedra nigdy nie będzie bezpieczna" - odparł Lysander. Potem zwrócił się Kentaine'a i Desette: "Nie mogę też pozwolić, by dopadł go jakiś nadgorliwy rycerz, który przywiezie jego głowę zatkniętą na kopii. Worton musi zostać sprawiedliwie osądzony!" Choć cały byłem obolały, udało mi się wstać. "Weź przynajmniej giermka, panie. Inni zadbają o bezpieczeństwo Palaedry, ja zaś zadbam o twoje". Lysander westchnął i odparł: "Dobrze więc. Wyruszamy natychmiast!" 12. Trop był jeszcze świeży, Worton musiał być całkiem blisko. Przejechałem u boku Lorda Lysandera wiele mil, zbierając się na odwagę, by zadać dręczące mnie pytanie. W końcu jednak wyrzuciłem je z siebie: "Zastanawiam się, czy nie odejść ze służby, panie". Lysander wstrzymał gwałtownie konia i spojrzał na mnie przymrużonymi oczyma. "Dlaczego? Jesteś jeszcze młody, Miltonie". Potarłem od niechcenia kolano i odparłem "Nie jestem już taki młody. Będąc twoim giermkiem, doświadczyłem największego z zaszczytów, teraz jednak chciałbym nieco się ustatkować, pomyśleć o dzieciach". "Dla mnie zaś największym zaszczytem było mieć cię za giermka, Miltonie" - odparł Lysander i wyciągnął dłoń. Chwyciłem ją. "Nie mogę jednak pozwolić, byś przestał mi służyć" - ciągnął Lysander, trzymając mocno mą dłoń. "Nazbyt jesteś mi potrzebny!" Moje mięśnie stężały, serce na moment przestało bić. Nie pomyślałem, że Lysander mógłby odmówić. A może jednak dobrze byłoby poświęcić się służbie u boku wielkiego bohatera? Wtedy Lysander obdarzył mnie rzadko goszczącym na jego twarzy uśmiechem. "Potrzebuję nowego majordomusa, Miltonie. Poprzedni okazał się być wiernym Wortonowi, potrzebuję więc osoby godnej zaufania. Funkcja ta wymaga oczywiście wielu godzin niewdzięcznej pracy, musiałbyś z pewnością użerać się z wieloma osobami. Jedną z wad tego stanowiska jest też to, że musisz rozmawiać z wieloma pięknymi kobietami, w tym z nową przełożoną mej kuchni, Porshą. No tak, nie pozwolę ci też pewnie opuszczać Paledonu. Czy masz odwagę podjąć tak wielkie wyzwanie?" Wybuchnąłem śmiechem, nie mogłem się powstrzymać. "Raczysz żartować, panie?" "Wbrew temu, co mówią, nie jestem całkowicie pozbawiony poczucia humoru, Miltonie. Zostaniesz więc mym majordomusem?" "Tak!" - odparłem. "To dla mnie wielki zaszczyt!" 13. Zatrzymaliśmy się przed jaskinią, do której prowadził trop Wortona. Lysander podjechał kilka kroków dalej i dobył miecza. "Wychodź, Sir Wortonie! Nie masz już dokąd uciec. Wychodź! Daję ci słowo honoru, że zostaniesz osądzony sprawiedliwie!" Po chwili Worton odpowiedział "Tak! Zamkniesz mnie w lochu do końca życia!" "Tylko jeśli sąd uzna cię za winnego!" "I tak będzie! Dzięki moim własnym rodzicom wszyscy wiedzą, że nie jestem Gryphonheartem. Żaden sąd mnie nie uniewinni!" - odkrzyknął Worton z ciemności. Nadal jednak nie wychodził. "Tak pewnie będzie" - przyznał Lysander. "Mógłbyś jednak okazać choć trochę męstwa i przyjąć z godnością karę. Wielu niewinnych ludzi straciło przez ciebie życie!" "Nie! Nie zamierzam gnić w twoim lochu lub zawisnąć na sznurze! Załatwię to inaczej". "A niby jak?" - zapytał podejrzliwie Lysander. W tej samej chwili z ukrycia wypadli bandyci, wrzeszcząc, że nas zabiją. Mieli przewagę liczebną i zaczynali nas otaczać, oparliśmy się więc o siebie plecami. Zasadzka Wortona sporo nas kosztowała, o to mu zapewne chodziło. Mnie przeciwnicy dość skutecznie wyłączyli z walki, łamiąc mi kilka żeber, złamany był też miecz Lysandera. Niewzruszony, ruszył jednak do jaskini, by stawić czoła Wortonowi. "Zaczekaj tu" - rzekł na odchodnym. "Wkrótce będę z powrotem". Poszedłem jednak za nim i usłyszałem zacietrzewiony głos Wortona: "Tylko ty i ja, Lysanderze! Krótki pojedynek, zwycięzca bierze Palaedrę". "Ja już wygrałem Palaedrę". "Niech i tak będzie, zobaczmy więc, który z nas jest lepszym wojownikiem!" Lysander zsiadł z konia, zanim zdążyłem go ostrzec, że nie ma broni. On tymczasem sięgnął bezwiednie po znajomy ciężar na plecach, prawdziwe ostrze Gryphonhearta. Stanąłem, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Lysander dobył miecza, a mógł tego dokonać tylko potomek Gryphonhearta! 14. Obserwowałem walkę stojąc u wlotu jaskini, gdy więc z kryjówek wyszli bandyci, chciałem przyłączyć się do walki. Stanie z boku, podczas gdy Lysander samotnie walczył z wrogiem było jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie przyszło mi robić. Dzierżąc jednak w dłoniach prawdziwe Ostrze Gryphonhearta, mój pan upodobnił się do potężnych królów, legendarnych władców, którzy dali początek rodowi Gryphonheartów. Nikt nie mógł go pokonać. Nie mogło też mierzyć się z nim fałszywe Ostrze Gryphonhearta. Prawda strzaskała tego dnia kłamstwo. Prawdziwe ostrze zniszczyło fałszywe i spadło niczym grom na hełm i zbroję Wortona, zatrzymawszy się na jego prawym barku. Worton nigdy już nie miał dobyć miecza. "Zabij mnie!" - wrzeszczał Worton. "Zrobiłbym to, ale przyrzekłem twemu ojcu, że cię oszczędzę" - odrzekł Lysander i szybkim ruchem wyrwał prawdziwe ostrze z barku Wortona. "Jak ktoś tak podły może być dzieckiem ludzi tak zacnych, jak Sir Kentaine i Lady Desette?" - zapytał. "Mój ojciec był tylko sługą!" - odrzekł Worton z niesmakiem. "Ja zaś pragnąłem dla siebie znacznie więcej!" Później, po tym, jak opatrzyliśmy ranę Wortona i przywiązaliśmy go do konia, podjechałem do mego pana, któremu służyłem już przecież ponad dwanaście lat. "Lysanderze!" - po raz pierwszy w życiu odezwałem się doń po imieniu. "Jesteś Gryphonheartem! Jak to możliwe?" Lysander dotknął rękojeści magicznego ostrza przypasanego u jego boku. Wyraz jego twarzy wystarczył za odpowiedź. Nie miał pojęcia. "Cóż, wygląda na to, że ludzie zaczną mnie teraz nazywać Królem" - powiedział w końcu z nutką zawodu w głosie. "Nie ma osoby bardziej godnej tego tytułu, mój Królu!" "Gdzieś daleko są wciąż moi bracia i siostry, Miltonie" - rzekł Lysander, wpatrując się w horyzont. "Ciekawe, czy wiedzą, jak niebezpieczne noszą nazwisko".
